Kup teraz na Allegro.pl za 1,18 zł - Hellena musująca czerwona oranżada w proszku 18g (12355557883). Allegro.pl - Radość zakupów i bezpieczeństwo dzięki Allegro Protect!
Oranżada. Oranżada jest gazowanym rodzajem napoju o bardzo słodkim owocowo-cukierkowym smaku. Napój tego typu jest idealnym dodatkiem, który pasuje zarówno do słonych przekąsek (takich jak: chipsy, paluszki lub krakersy), pełnowartościowych posiłków oraz słodkich deserów np.: tortów lub kruchych ciast.
Kup teraz na Allegro.pl za 2,99 zł - ORANŻADA W PROSZKU COLA BEZGLUTENOWA 17 g - CELIKO (12950672830). Allegro.pl - Radość zakupów i bezpieczeństwo dzięki Allegro Protect!
Tłumaczenie hasła "oranżada" na angielski. orangeade, bottle, bottleful to najczęstsze tłumaczenia "oranżada" na angielski. Przykładowe przetłumaczone zdanie: Wolę lemoniadę od oranżady. ↔ I like lemonade more than orangeade. oranżada noun feminine gramatyka. napój o smaku pomarańczowym, również jego surogat [..]
Oranżada Czerwona fantazja PRL smak dzieciństwa. od Super Sprzedawcy. Marka. inny (Betex) 4, 78 zł. (14,48 zł/l) kup 10 zł taniej. 12,89 zł z dostawą. Produkt: Napój gazowany Betex 330 ml.
Oranżada w proszku Letra. Letra de Oranżada w proszku de CatchUp con su vídeo musical en línea: Mówi mi facet na ekonomii jak mam inwestować w siebie Co mi tak opłaci się?
. Bobby McFerrin, filozof Guy Sorman, medale wdzięczności, gra w kapsle, bułka z salcesonem w sali BHP i akcje edukacyjno-kulturalne w dzielnicach Gdańska - to najważniejsze wydarzenia z okazji 33. rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych. Europejskie Centrum Solidarności po raz kolejny patronuje kilkunastu wydarzeniom związanym z kolejną rocznicą podpisania Porozumień Sierpniowych, ale w tym roku będzie też przypominana 25. rocznica strajków w maju i sierpniu 1988 Za każdym razem jestem zachwycony reakcjami ludzi na 31 sierpnia. To jest ta data, która ciągle ludzi inspiruje, bo otworzyła coś pozytywnego - podkreśla Basil Kerski, dyrektor ECS. - Będą rytuały, bo bez nich się nie obędziemy, dlatego także w tym roku spotkamy się pod pomnikiem Poległych Stoczniowców, mam nadzieję, że bez podziałów, ale też mam nadzieję, że będziemy się cieszyć i dobrze bawić na koncercie McFerrin+. Należy jednak pamiętać, że to przeżycie nie byłoby możliwe bez naszej piątej edycji festiwalu Solidarity of Arts, 17 sierpnia wystąpi Bobby McFerrin, który choć zapisał się w historii muzyki piosenką "Don't Worry, Be Happy", to jego działalność artystyczna jest znacznie bogatsza, o czym świadczy choćby 10 nagród Grammy na jego koncie. Wraz z nim na trzech scenach przy Polskiej Filharmonii Bałtyckiej na Ołowiance zobaczymy także Atom String Quartet, Urszulę Dudziak, Laboratorium oraz jeden z najlepszych chórów żeńskich - The Bulgarian Voices - Angelite. W tym roku będziemy też wspominać 14 sierpnia, pierwszy dzień strajku w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku. W historycznej sali BHP odbędzie się święto tego miejsca. - 33 lata temu to miejsce zmieniło swoją historię. Przedtem była to sala szkoleń i spotkań partyjnych, która stała się świadkiem podpisania Porozumień Sierpniowych. Chcemy przypomnieć klimat tamtych lat wszystkim mieszkańcom i turystom, to będzie podróż w czasie dla najmłodszych i tych starszych - zapewnia Wojciech Kwidziński, opiekun sali Sali BHP pojawią się elementy wystroju oraz menu charakterystyczne dla okresu PRL-u. Można będzie spróbować słynnej oranżady landrynkowej, czy schrupać bułkę z salcesonem. Dzieci będą miały okazję poznać świat gier i zabaw swoich rodziców, a dorośli cofną się do czasów dzieciństwa. Będzie można wspólnie zagrać w gumę, w kapsle czy pobić rekord w grze komputerowej PacMan. Będzie można też powspominać i obejrzeć bajki i filmy z epoki PRL-u. Wieczorem na scenie ustawionej przy budynku Sali BHP, standardy jazzowe zagra Tomasz Wendt& 14 do 31 sierpnia, tzw. mała solidarność, przeniesie się do kilku dzielnic Gdańska. W Brzeźnie, Nowym Porcie, Oruni, Siedlcach, Stogach oraz dla mieszkańców ulic przy Stoczni Gdańsk - odbędzie się wiele imprez edukacyjno-kulturalnych pod hasłem "Zrozumieć Sierpień". Zaplanowano gry miejskie, malowanie graffiti przez dzieci i młodzież, koncerty, gry miejskie czy galę boksu. Natomiast 30 sierpnia w Dworze Artusa w ramach cyklu "Etyka solidarności" prelekcję wygłosi Guy Sorman, francuski publicysta polityczny i filozof, publikujący na łamach "Le Figaro" i "The Wall Street Journal". Pierwszym gościem w ramach cyklu był w ubiegłym roku ks. Adam Boniecki z "Tygodnika Powszechnego". Także tego samego dnia w Dworze Artusa, już po raz trzeci zostaną wręczone Medale Wdzięczności, odznaczenia przyznawane cudzoziemcom wspierającym Solidarność w latach 80. Laureatami będą: slawista i historyk Daniel Beauvois, działaczka związkowa Francoise Breton-Baluka (oboje z Francji), rosyjski dysydent i pisarz Władimir Bukowski, wydawca, autor prac o literaturze, historii i kulturze środkowoeuropejskiej Francesco Cataluccio z Włoch oraz fotograf Chris Niedenthal z Wielkiej Brytanii, mieszkający od 1998 r. w Polsce. 31 sierpnia czyli w rocznicę popisania Porozumień Sierpniowych, o godz. 10 odbędzie się msza w Kościele Św. Brygidy z udziałem arcybiskupa Sławoja Leszka Głódzia, po której najpierw nastąpi złożenie kwiatów pod pomnikiem ks. prałata Henryka Jankowskiego, a następnie pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców. ECS Porozumienia Sierpniowe
Mleko sprzedawano w butelkach ze srebrnym lub złotym kapslem, który z czasem zamieniono na folię (pozłotko). Często mleczarz przynosił mieszkańcom butelki pod same drzwi. Ten wątek pojawia się np. w filmach Stanisława Barei. Kliknij w obrazek, aby zobaczyć zdjęcia. Narodowe Archiwum Cyfrowe/domena publicznaKrem sułtański, guma balonowa Donald, lody Bambino, wyroby czekoladopodobne albo oranżada w proszku, z woreczka lub w szklanej butelce z korkiem - takie smaki rządziły w czasach PRL-u. Sklepowe półki były zapełniane sporadycznie, a w latach 70. i 80. XX wieku żywność reglamentowano na kartki. Jakie smaki pamiętamy z dzieciństwa i młodości?Kuchnia lat 70. i 80. XX wieku - półmięsne dania i jaśniepańskie grzankiKsiążki kucharskie pisane w latach 70. i 80. XX wieku korzystały z produktów, które były wówczas łatwo dostępne. Sklepowe półki świeciły często pustkami, więc w kuchni trzeba się było wykazać zaradnością i i sprytem. Na przykład „Kuchnia oszczędnej gospodyni” Barbary Bytnerowiczowej, wydana w 1987 roku przez Watrę, zawiera rozdział „Potrawy półmięsne”. Przedstawiono w nim pierogi z pasztetówką, zapiekankę z makaronu z konserwą mięsną i groszkiem czy naleśniki z oszczędnym nadzieniem mięsa było związane z trudnym dostępem do produktu i potrzebą sprytnego gotowania dla całej rodziny. Natomiast książka „Obiady u Kowalskich” Jadwigi Kłossowskiej z 1984 r. podaje przepis na grzanki „jaśniepańskie”, których wykwintność polegała na połączeniu szynki lub baleronu z łagodnym serem, ostrym sosem chrzanowym, z bułkami posmarowanymi masłem, po wierzchu posypanej posiekaną zieloną pietruszką. Prosty przepis na bezglutenowe placki kukurydziane. Pomysł na pyszne śniadanie Przysmaki PRL-u – sentyment do czasów dzieciństwa i młodościDziś wiele osób z sentymentem wspomina kuchnię i przysmaki z lat 70. i 80. Powód jest prosty - to były to czasy ich dzieciństwa lub młodości. - Dziś bym pewnie tego nie zjadła, ale dla dzieci w latach 80. to były prawdziwe rarytasy: guma balonowa Donald z historyjką, słodzone mleko z tubki, oranżada w proszku, draże kakaowe, mleko w proszku, które zlizywało się po prostu z ręki... No i latem woda sodowa z saturatora, obowiązkowo z sokiem malinowym, albo krem sułtański w kawiarni - opowiada Ania, która dziś przykłada dużą wagę do zdrowej żywności. - Tylko te wyroby czekoladopodobne to była jakaś zgroza, gumowe, nie dało się tego zjeść. Ale już taka czekolada z orzechami z Pewexu. Do tej pory pamiętam zapach tego sklepu - dodaje. Grzegorz, który również był dzieckiem w latach 80., najbardziej pamięta szynkę konserwową, którą kupowało się na święta, zapach kawy, za którą stało się kilka godzin w kolejce, czekoladowe lentilky z Czechosłowacji i konserwy turystyczne, które zabierało się latem pod namiot. - Do tej pory czasem wracam do tego smaku. Rodzina patrzy na mnie z obrzydzeniem, a ja się zajadam. Smak konserwy turystycznej kojarzy mi się z beztroską młodością - tłumaczy. - Z bardzo wczesnego dzieciństwa pamiętam też smak mleka z butelki, które mleczarz rano stawiał nam pod w naszej galerii, jakie rarytasy można było zjeść w czasach ciekawych wspomnień znajdziecie też na profilu facebookowym PewexSkąd bierze się takie nostalgiczne podejście? - Gdy mieliśmy 10 czy 20 lat, świat był lepszy, niż gdy mamy 60. To są miłe wspomnienia z młodości, związane z tym, że jedliśmy pasztetową z chlebem. Wtedy smakowała wspaniale. Szczególnie, gdy cały dzień biegało się za piłką - mówi Juliusz Woźny, rzecznik prasowy Centrum Historii Zajezdnia we Wrocławiu, miłośnik kuchni. - Czasem robię sobie wycieczki w przeszłość i kupuję produkty, które najpewniej mają smak z tamtych czasów. Szczerze powiem, że jest to oparte tylko na sentymentach. Jeżeli dziś biorę do ust rzeczy, które wtedy się jadało, to konfrontuję to ze wspomnieniami. I zazwyczaj wypada to dość rozkoszy Nigelli Lawson. Mamy przepisy kulinarnej bogini!Polka zdobyła Kulinarnego Oscara! Jej e-book to międzynarodowy hit. Zobacz przepisyWyroby czekoladopodobne, kotlety z mortadeli i paprykarzKotlety z mortadeli, paprykarz szczeciński czy kawa instant wielu osobom kojarzą się dziś z dzieciństwem czy młodością. Podobnie jak wyroby czekoladopodobne, jedno z pierwszych wspomnień związanych ze słodyczami z tamtych lat. Zamiast tłuszczu kakaowego dodawano do nich olej rzepakowy, a także obniżano zawartość kakao, które było wtedy reglamentowane. Tego typu przykładów jest oczywiście więcej. Próbowaliście kiedyś gruszek pięknej Heleny w karmelu? Mamy przepisy na zdrowe deseryKrem sułtański - przepis jak z filmuMiłośnicy polskiego kina (i nie tylko) pamiętają np. krem sułtański z filmu Janusza Kondratiuka „Dziewczyny do wzięcia”. Deser podawany był w wysokich szklankach i składał się z ubitej śmietanki kremówki, z dodatkiem kakao, rodzynek, biszkoptów i ciasteczek bezowych. Delikatna nuta rumu dodawała mu atrakcyjności. - Trzeba przyznać, że tamte produkty miały kiepski smak. Wynikało to głównie ze słabego zaopatrzenia sklepów – mówi Juliusz Woźny z Centrum Historii Zajezdnia. - Wrzucano do tych produktów cokolwiek. Tworzono wielokolorowe galaretki czy wyroby czekoladopodobne, które dziś, w takiej samej formie, są właściwie nieosiągalne. Trzeba dodać, że w tamtych czasach byliśmy szczęśliwi, że coś w ogóle udało nam się dostać w sklepie po wystaniu wielu godzin w które ułatwią Ci pracę w kuchniMateriały promocyjne partnera Sprawdźcie też inne tematy ze Strony Kuchni:Kurczak w cieście francuskim. Prosty przepis na obiadKartki, zakazane zajączki i kulinarna cenzura. Wielkanoc w czasach PRL-uJak wybrać zdrowy żurek na Wielkanoc? Katarzyna Bosacka sprawdza składy Najstarsze zakłady i fabryki w Polsce. Żywiły pokolenia Polaków. Zobacz zdjęcia
Swoją nazwę zawdzięczała temu, że była podawana w szklanych „musztardówkach”, które sprzedawca jedynie opłukiwał po każdym kliencie. Epidemii jednak nie było, chociaż wiele osób z obrzydzeniem patrzyło na kolejki chętnych do saturatorów; zwłaszcza w upalne dni. Czysta woda sodowa kosztowała na początku 30 gr, potem 50 gr. Za wodę z sokiem płaciło się złotówkę, po podwyżce: o 50 gr więcej. Woda z sieci Pierwsze saturatory w Polsce były sprowadzone zza wschodniej granicy. Były pomalowane najczęściej na niebiesko. Sprzedawcy pobierali wodę z miejskiej sieci wodociągowej - była to zwykła ‚kranówka”. Urządzenie musiało zatem być postawione w pobliżu kranu. Czasami sprzedawca podłączał wąż do hydrantu. Na noc saturator zabierano w bezpieczne miejsce lub przywiązywano łańcuchem do drzewa lub ogrodzenia. Na wyposażeniu był również kolorowy parasol. Sprzedawcą był albo właściciel urządzenia, albo jego dzierżawca. Saturator był bardzo prosty w użyciu. Na dole znajdowała się butla z dwutlenkiem węgla. To on, dodany do wody, robił „bąbelki”, czyli wodę sodową. W Lublinie wodę sodową można było kupić na pl. Litewskim, przy wejściu do Ogrodu Saskiego, na rogu Chopina i Krakowskiego Przedmieścia, na pl. Czechowicza, przy bazarze na Podzamczu, przed wejściem do Bramy Krakowskiej oraz na ul. 1 Maja i przy Bramie Krakowskiej. Lublinianie z nostalgią wspominają wodę sodową z saturatora. - Rodzice zabraniali mi ją kupować - mówi Anna Jankowska z Lublina. - Mówili, że można od tego zachorować, ale kto wtedy słuchał rodziców, jak się chciało pić? Sanepid na bieżąco kontrolował sprzedających wodę z saturatorów. Nigdy nie doszło do jakiejkolwiek epidemii, chociaż warunki sprzedaży były zatrważające. Ludzie byli wówczas chyba bardziej zahartowani, poza tym woda z saturatorów nie była sprzedawana masowo. Urządzenia te produkowała poznańska fabryka Pofamia. Trudno powiedzieć, ile saturatorów było w kraju. Firma już nie istnieje. Splajtowała. Oranżada to jest to W sklepach w PRL-u z kolei królowały gazowane napoje w szklanych butelkach. Nikt wówczas nie słyszał o plastikowych. Najpopularniejsza była oranżada i mandarynka. Później pojawiła się też cytroneta. Napoje były zazwyczaj ciepłe, bo lodówek w sklepach nie było (podobnie jak w podrzędnych barach czy restauracjach). Lady chłodnicze były zarezerwowane głównie dla przystawek. Popularne w lokalach były natomiast tzw. napoje firmowe - była to niegazowana woda z dodatkiem soku owocowego, o smaku najczęściej pomarańczowym. Te napoje były sprzedawane w specjalnych urządzeniach z charakterystycznym przezroczystym kloszem i - co ważne - były w nich schładzane. Napój imperialistów Coca-colę okrzyknięto w czasach PRL-u napojem imperialistów (w latach 60. można się było dowiedzieć, że jest to „stonka ziemniaczana w płynie”) i przez wiele lat nie była powszechnie dostępnym napojem. Jej namiastką była rodzima polo cockta, club cola czy quick cola. Z czasem jednak w Polsce powstały rozlewnie pepsi-coli, chociaż jeszcze na początku lat 90. po pepsi sprzedawaną z żuka (ciepłą zresztą) na giełdzie samochodowej przy ul. Zemborzyckiej ustawiała się długa kolejka. Oryginalna cola czy pepsi była jednak powszechnie serwowana w lepszych lokalach i kosztowała zazwyczaj kilkakrotnie więcej niż „zwykły” napój. W Polsce do koncentratu pepsi, na którą kupiliśmy licencję, dolewano jedynie syrop cukrowy o odpowiednim stężeniu. Co ciekawe, autorką znanego hasła reklamowego: „Coca-cola. To jest to” jest Agnieszka Osiecka. W sklepach można było czasami trafić na prawdziwy rarytas - były to soki owocowe w litrowych butelkach, które większość osób rozrabiała w domu z wodą. Wśród napojów owocowych najpopularniejszy był „Ptyś” i „Kaskada”. Później pojawiły się słynne soki Dodoni w puszkach. Woda na naboje Dużą popularnością cieszyły się również syfony z wodą sodową. Początkowo były sprzedawane w jednorazowych, charakterystycznych butlach, które po opróżnieniu wymieniało się na pełne. Były dostępne nawet w typowych, peerelowskich warzywniakach. Wcześniej napełniano je w specjalnych punktach. Potem w sklepach pojawiły się aluminiowe automaty do wody sodowej (autosyfony), do których trzeba było dokupywać specjalne naboje z CO2, aby samodzielnie robić wodę gazowaną. Pierwsze autosyfony pochodziły z importu, z NRD. Problemem były przed długi czas naboje, które po kupnie często okazywały się puste lub napełnione jedynie częściowo. W latach 70. i na początku 80. wiele prywatnych zakładów produkujących napoje sprzedawało plastikowe woreczki z wodą zabarwioną na żółty lub czerwony kolor, która w smaku przypominała napój pomarańczowy lub cytrynowy. W komplecie była rurka, przez którą można było skosztować tego „specjału”. Pomysł sprzedaży napojów w woreczkach wynikał z faktu, że w kraju po prostu brakowało butelek. Swoich zwolenników miał również „Frument” - produkowany do dzisiaj niegazowany napój o orzeźwiającym, miętowo-jabłkowym smaku. „Złota rosa” - tak z kolei nazwał się gazowany napój o wyjątkowo słodkim smaku. Podobnie jak „Herbavit”. Były również napoje kawowe (mało popularne, w butelkach jak po oranżadzie). Wiele starszych osób z nostalgią wspomina również tak lubiane przez wszystkich oranżady w proszku. Według przepisu należało je wymieszać z wodą. Najlepiej jednak smakowały, kiedy zlizywano się proszek prosto z dłoni lub torebki. Zdarzało się, że właściciel takiej oranżady otwierał torebkę, do której po chwili koledzy wsadzali zaślinione palce. W domu, zwłaszcza podczas niedzielnego obiadu, na stole pojawiał się poczciwy kompot, który i dzisiaj jest w ofercie niektórych barów czy restauracji. I na brak klientów nie narzeka. Picie w kryzysie W czasach kryzysu zdarzało się, że w sklepie nie było nic do picia poza słonawą w smaku wodą stołową. Zdesperowani i spragnieni klienci sięgali wówczas po mlekopodobny wyrób o nazwie „Serwowit”. Był rozlewany w szklane butelki jak do kefiru i miał dość specyficzny smak. Ważne, że gasił pragnienie. Mimo wszystko tylko nieliczni decydowali się na ten napój. Złośliwi twierdzili, że jest to szampan robiony z serwatki. Niedostatki napojów chłodzących były zmorą wielu ekip rządzących w PRL-u. Media często nie zostawiały suchej nitki na uspołecznionym handlu, który zwłaszcza w okresie żniw i upałów nie radził sobie z zaopatrzeniem, tłumacząc to albo brakiem butelek, albo kapsli, lub jednym i drugim. Przed sezonem letnim w całym kraju odbywały się liczne narady, padały deklaracje o dobrym zaopatrzeniu handlu w napoje, a wystarczyło kilkanaście upalnych dni, żeby cały plan spalił na panewce. Trzeba pamiętać, że podstawowe surowce do produkcji napojów, czyli kwasek cytrynowy, cukier, a zwłaszcza CO2 były dzielone według centralnego rozdzielnika. Nic dziwnego, że niektóre gazety w latach 80. - już wiosną - zachęcały czytelników tytułami: „Pij oranżadę, bo latem może nie będzie”. O tym, jak funkcjonowała ówczesna polska gospodarka, świadczy chociażby afera, którą w 1957 r. opisał „Kurier Lubelski”. Dziennikarze w jednym z wydań gazety skrytykowali państwową wytwórnię napojów za opieszałość w produkcji. Ta tłumaczyła, że ma ograniczoną produkcję, gdyż brakuje kapsli. Następnego dnia do redakcji zgłosił się magazynier Lubelskich Zakładów Metalowych, który przyniósł pokaźną paczkę kapsli. Okazało się, że owe kapsle zalegają w ich magazynach, a firma szuka na nie nabywców...Plusem było to, że prawie wszystkie butelki były zwrotne: po mleko szło się z wymytą butlą po poprzednim na wymianę, a dzieci po rodzinnej imprezie mogły sprzedać butelki po alkoholu i oranżadzie i miały na słodycze... To piąta część książki Krzysztofa Załuskiego „Kulinarny Lublin” (projekt zrealizowany w ramach stypendium Prezydenta Miasta Lublin). Kolejny odcinek już za tydzień
Oranżada pachnąca landrynkami, to jeden z niewielu gazowanych napojów dostępnych w PRL-u. Sprzedawana była w charakterystycznych butelkach typu krachla. Nazywano je „oranżadówkami” Przed sklepami dzieciaki spierały się, czy lepsza jest żółta, czy czerwona. I nawet jeśli ktoś wolał czerwoną, to i tak dostał taką, jaka została w skrzynce w sklepie. Nawet w największe upały oranżada sprzedawana była ciepła i nikt się tym nie przejmował. Najważniejsze, że była słodka, pachnąca i smakująca landrynkami. A przede wszystkim, że była gazowana. Z czego składała się PRL-owska oranżada? Oranżada nie była zdrowa w dzisiejszym rozumieniu wartości zdrowotnych, których poszukujemy w produktach spożywczych. Jej skład to woda, cukier, barwniki i dodatki smakowe. Była jednak uwielbiana. Nic tak nie gasiło pragnienia jak właśnie oranżada ze szklanej butelki. Pomimo tego, że w tych czasach nie było w sklepach lodówek na napoje i nawet w największe upały nie można było kupić schłodzonej. Wprost ze skrzynek sprzedawany był więc ciepły napój. Do wyboru była wersja żółta i czerwona, chociaż wybór to może za duże słowo, bo i tak w sklepie dostawało się jedynie tą, która właśnie była dostępna. Oba kolory oranżady pakowano do tych samych skrzynek i dostarczano do sklepów w nieodgadnionym systemie... W latach 70. i 80. XX w. poza gotową oranżadą w „oranżadówkach” można było kupić jej suchy odpowiednik w torebkach. Oranżada w proszku była przeznaczona do rozpuszczania w wodzie, jednak jej smak nie dorównywał tej gotowej. Miała jednak inną zaletę. Słodki proszek musował na języku i dawał wrażenie pienienia się. W rezultacie płynną oranżadą z przyjemnością gasiło się pragnienie, natomiast tą w proszku jadło się na sucho. Napój rozlewano do szklanych butelek krachla, potocznie nazwane „oranżadówkami” Picie oranżady z takich butelek, wiązało się z jeszcze jedną przyjemnością. To oczywiście sposób otwierania opakowania. Wystarczyło pstryknąć i charakterystyczny korek odskakiwał i zawisał na metalowym drucie, a z butelki wydobywało się przyjemne syknięcie. „Oranżadówki” to tak naprawdę butelka typu krachla To szklana butelka z metalowym, pałąkowatym zamknięciem, zakończonym porcelanowym korkiem. Nie przypadkiem do takich właśnie butelek wlewana była gazowana oranżada. To rodzaj szczelnego zamknięcia, doskonałego do gazowanych napojów. Nazwa „krachla” wywodzi się z Galicji. Jest zapożyczeniem austriackiego określenia oznaczającego oranżadę. W dawnym Krakowie, w rezultacie krachlą nazywano zarówno ten rodzaj butelki, jak i samą oranżadę. W dzisiejszych czasach butelki typu krachla używane są w przemyśle piwowarskim Drugie życie oranżadówek z PRL-u Butelki poza swoim charakterystycznym wyglądem miały też tę zaletę, że porcelanowy korek na pałąkowatym drucie mógł być wielokrotnie używany. Był szczelny dzięki gumowej uszczelce ułożonej na porcelanowym korku. „Oranżadówki" były niezastąpionym pojemnikiem na wszelkie przenoszone napoje. Można było zabrać pustą butelkę na zakupy w warzywniaku i poprosić o odlanie z beczki trochę soku z kiszonych ogórków. Ale najczęściej towarzyszyły młodzieży na wycieczkach szkolnych. Mamy przygotowywały w nich herbatę z cytryną do popicia suchego prowiantu podczas szkolnej wyprawy i mogły być pewne, że płyn nie rozleje się gdzieś w plecaku. Źródło: wikipedia
Pepsi-Colę zaczęto produkować w Poznaniu we wrześniu 1974 roku, ale jeszcze pod koniec lat 80. była rarytasem Fot. Andrzej SzozdaPepsi-cola wytwarzana w Poznaniu! - to było nie lada wydarzenie. Na początku września 1974 roku w poznańskiej wytwórni pepsi-coli z taśm produkcyjnych zjechały pierwsze butelki tego gazowanego napoju. "Burżuazyjna" pepsi rodem z USA wtedy była jednak jeszcze drogim rarytasem. A co w Poznaniu piło się na co dzień w okresie PRL? Zobaczcie archiwalne zdjęcia! Prasa we wrześniu 1974 roku z dumą informowała, że produkcja pepsi-coli w poznańskiej wytwórni docelowo ma osiągnąć 58 mln butelek rocznie. Napój ten w latach 1974-1975 - poza Poznaniem - zaczęto wytwarzać także w Gdańsku, Krakowie i Szczecinie. Wprowadzenie na polski rynek amerykańskiego napoju, przedstawianego wcześniej (podobnie jak coca-cola) przez propagandę PRL jako symbol "zgniłego Zachodu", stanowiło ideologiczny przełom i świadectwo otwarcia Polski na świat przez ekipę Edwarda Gierka. Nie każdego jednak było stać na popijanie pepsi-coli, która była trzy razy droższa od zwykłej, rodzimej zatem piło się w Poznaniu w latach 70. i 80., kiedy pepsi-cola (i coca-cola) należały jeszcze do "arystokracji" wśród napojów na krajowym rynku? Jakie napoje i w jakich warunkach wtedy sprzedawano w sklepach i punktach gastronomicznych. Jak i gdzie były wytwarzane? Najlepiej pokazują to zdjęcia z tamtych czasów. Zapraszamy do wspomnieniowej podróży po poznańskim i wielkopolskim "świecie napojów" sprzed 30 i 40 lat.
oranżada w proszku lata 70